|
Na stosach
spłonęło znacznie mniej heretyków (kacerzy), niż się zwykle uważa. Czas
przestać robić z inkwizycji narzędzie ataku lub obrony Kościoła –
apelują znawcy tematu.
W
Watykanie zaprezentowano owoc wielkiej sesji naukowej z udziałem
wybitnych historyków z kilkunastu krajów, która odbyła się w 1998 r. Po
sześciu latach specjalna komisja redakcyjna zakończyła prace, którymi
kierował profesor historii chrześcijaństwa Agostino Borromeo z
rzymskiego uniwersytetu La Sapienza. – Dyskusja nad inkwizycją przenosi
się na płaszczyznę czysto historyczną, operuje solidnymi danymi
statystycznymi – powiedział dziennikarzom podczas prezentacji tomu.
Źródło: Polityka
Inwizycja w liczbach
Liczbę ofiar inkwizycji szacowano na setki tysięcy, a nawet miliony.
Tymczasem według najnowszych badań – w 1998 r. Jan Paweł II odtajnił
watykańskie archiwa inkwizycji – ciesząca się najbardziej ponurą sławą
inkwizycja hiszpańska w latach 1540–1700 przeprowadziła 44 674 procesy
z oskarżenia o zdradę świętej wiary katolickiej. Na karę śmierci
skazano w nich dokładnie 1,8 proc. oskarżonych. Na dodatek część ze
skazanych na śmierć sądzona była zaocznie (zdążyli zbiec lub ukryć się
przed inkwizytorami) – na stosach spłonęły symboliczne kukły.
Nieszczęśników, którzy nie wymknęli się trybunałom Świętej Inkwizycji i
zostali uznani winnymi, czekał los okrutny. Kiedy inkwizycja okrzepła,
dostojnicy Kościoła i katolickiej monarchii hiszpańskiej zdali sobie
sprawę, że mają w rękach potężne narzędzie urabiania mas w duchu
posłuszeństwa religii i państwu. Ogłoszenie i wykonanie wyroku bywało
widowiskiem przyciągającym tłumy. Skazanych prowadzono w uroczystej
procesji, w asyście zakapturzonych księży i ze śpiewem. Skazańcowi
golono głowę, nakładano mu wysoką szpiczastą czapkę, ubierano w strój
hańby – zwany sanbenito – coś w rodzaju żółtego worka pokutnego z
wymalowanymi diabłami, piekielnymi płomieniami i imieniem ofiary. Jeśli
w ostatniej chwili wyrzekł się grzechu herezji, mógł liczyć na
złagodzenie kary. Duszono go przed spaleniem. Kto z tej możliwości nie
skorzystał, trafiał na stos żywy i z zakneblowanymi ustami, by nie
próbował przeklinać katów. Tak umierał renesansowy włoski filozof
Giordano Bruno, jedna z najsławniejszych ofiar inkwizycji (1600 r.).
Ostatnie takie widowisko – znane pod nazwą auto dafé (z portugalskiego
– akt wiary) – urządzono w Meksyku w połowie XIX w.; w Europie należały
już one do przeszłości.
Jak pogodzić lochy, tortury i stosy inkwizycji z Ewangelią? Nie jest
tak, że Kościół musiał stworzyć tę instytucję, która do dziś wyrządza
mu wielkie szkody moralne. Czarnej legendy inkwizycji nie wyssali z
palca wrogowie Kościoła. Ale nie jest też tak, że inkwizycja nie
budziła w chrześcijanach wstrętu. I że nie próbowali oni jakoś
zahamować rozpędzonej machiny, która zresztą zmiażdżyła niejednego z
funkcjonariuszy kościelnego terroru. Przeciwko nadgorliwcom
protestowali u papieża niektórzy biskupi. Okrutny inkwizytor francuski
Robert Le Bourge doprowadził bezwzględnością działania do zamieszek i
został aresztowany na rozkaz papieski.
Władcy sumień
Starożytny pisarz chrześcijański Laktancjusz (IV w.) pisał, że religia
jest przedmiotem wolnej woli, nie można jej nikomu narzucać, lepiej
przekonywać słowami niż razami (verbis melius quam verberibus res
agenda est). Pokusa nawracania siłą przyszła wraz z sojuszem ołtarza z
tronem. Skoro prawo rzymskie karało śmiercią za obrazę majestatu
cesarza, jakże tolerować znieważanie majestatu boskiego? Kiedy
narodziła się europejska teokracja – rodzina państw chrześcijańskich, w
których władca poczuwał się do obowiązku obrony i krzewienia religii –
zgubne ziarno zostało posiane. Religia była dosłownie sprawą
śmiertelnie poważną, wszak chodziło w niej o zbawienie wieczne. I
państwu, i Kościołowi zależało na tym samym: na jedności i porządku.
Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam. Zdrada religii oznaczała
zdradę państwa.
Pierwszy akt dramatu inkwizycji rozegrał się w związku z herezją
katarów (z greckiego czysty) – pięknie pisze o nich Zbigniew Herbert w
"Barbarzyńcy w ogrodzie". Ten potężny ruch religijno-społeczny miał w
średniowieczu wiele nazw i odmian, ale ostrze zawsze kierował przeciwko
ziemskim potęgom Kościoła i państwa. Kościół nie radził sobie z
ekspansją katarską na południu Europy – groźba ekskomuniki (czyli
wyłączenia ze wspólnoty) nie działała, bo katarzy uważali ziemski
Kościół za grzeszny i nie chcieli być jego częścią, odrzucali też
obowiązki względem państwa. W końcu ogłoszono krucjatę przeciwko
herezji (to od katarów pochodzi słowo kacerz) i to pomogło. Do walki z
katarami powstała inkwizycja – dosłownie poszukiwanie, ściganie. Papież
Grzegorz IX polecił w 1233 r. nowym zakonom dominikanów i franciszkanów
wprowadzić inkwizycję w życie. Nie było jeszcze osobnej instytucji,
papież mianował specjalnych wysłanników na tereny zagrożone herezją.
Tam gdzie oni urzędowali, urzędowała inkwizycja. Kolejni papieże tej
epoki starali się ukrócić ewentualną samowolę inkwizytorów, wyroki
śmierci czy tortury musiały mieć aprobatę lokalnego biskupa.
Nie ma przekonujących dowodów, że inkwizytorzy to byli sami fanatycy,
sadyści czy psychopaci. Większość stanowili ludzie, którzy starali się
w dobrej wierze służyć religii i Kościołowi i trzymali się nakazanych
reguł. Przybywszy na miejsce misji, ogłaszali tzw. czas łaski –
wiarołomcy mogli zgłosić się dobrowolnie i wyznać winę. Czekała ich
wtedy kara niezbyt surowa, na przykład pielgrzymka. Jak łatwo się
domyślić, takich dobrowolnych samooskarżeń nie było wiele, za to
pojawienie się papieskich inkwizytorów kusiło do załatwiania
miejscowych porachunków. Gros oskarżeń pochodziło z donosów.
Wprawdzie przepisy nakazywały sprawdzanie wiarygodności świadków –
krzywoprzysiężcy byli surowo karani – i zawierały pewne zabezpieczenia
praw oskarżonych, praktyka jednak miała niewiele wspólnego z naszymi
współczesnymi wyobrażeniami uczciwego procesu sądowego. Szło w nich o
jedno: o wydobycie z oskarżonego wyznania winy. To prowadziło prostą
drogą do nadużyć. Tortur nie wolno było stosować ponad miarę (kwadrans,
góra – godzina) i tylko jeden raz, ale co warte są zeznania wymuszone
torturami? I co za pociecha z tego, że ojciec, który fałszywie oskarżył
syna o herezję, został ukarany dożywociem?
Sedno sprawy – z naszego punktu widzenia – polega na tym, że w ruch
poszedł mechanizm wyzwalający najciemniejsze strony człowieka. Ponurym
echem odezwie się on w praktykach, późniejszych o wiele wieków, reżimów
totalitarnych.
Polityczne Auto-da-fé
Inkwizycja zamiast wierze zaczęła służyć też polityce. Gdy francuski
zakon rycerski templariuszy (wziął miano od świątyni – templum –
Salomona w Ziemi Świętej) urósł w potęgę, król Filip Piękny zażądał od
papieża Klemensa V (XIV w.), by go rozwiązał. Oficjalny powód był
oczywiście inny: zakonnicy-rycerze mieli rzekomo wyrzekać się Chrystusa
i nurzać w rozpuście. Na rozkaz króla templariuszy francuskich
aresztowano i poddano torturom. Wymuszone zeznania przeczytał papież i
kazał uderzyć w cały zakon. Gdy się dowiedział, jak je zdobyto i że
templariusze je odwołali, cofnął dekret o uwięzieniu. Sprawa oparła się
o sobór Kościoła w Vienne (1311 r.). Jednak pod naciskiem króla zakon
ostatecznie rozwiązano, a jego dobra skonfiskowano. 54 czołowych
templariuszy Filip posłał na stos – słabe papiestwo przegrało. A kiedy
Kościół słabł, na sile zyskiwała władza świecka, która skwapliwie
wykorzystywała inkwizycję do własnych celów.
Tak było na Półwyspie Iberyjskim – w katolickich królestwach Hiszpanii
i Portugalii – gdzie rozegrał się drugi, najbardziej znany akt dramatu.
Katoliccy monarchowie hiszpańscy – Izabela i Ferdynand – chcieli
umocnić swe rządy w państwie, gdzie wielkie i trwałe były wpływy
społeczności muzułmańskiej (moryskowie) i żydowskiej (marrani). Spośród
nich rekrutowali się nowi chrześcijanie, posiadający spore majątki i
wysokie godności. Marranem był np. kardynał Juan de Torquemada, stryj
słynnego wielkiego inkwizytora Thomasa.
Papież Sykstus IV dał w 1478 r. Izabeli i Ferdynandowi przywilej
powoływania inkwizytorów. Kiedy w 1492 r. monarchowie nakazali
wszystkim żydom opuścić królestwo, część z nich przeszła na
chrześcijaństwo, by móc pozostać w ojczyźnie. Inkwizytorzy węszyli
podstęp. Oskarżali marranów o potajemne praktykowanie wiary żydowskiej.
Pierwszy stos zapłonął już w 1481 r. Posypały się surowe wyroki, masowe
aresztowania, konfiskaty majątków.
Z Hiszpanii inkwizycja powędrowała do zamorskich kolonii katolickiego
imperium, od Peru do Meksyku. Zamorskie trybunały inkwizycyjne – w
Indiach (Goa), Brazylii i Angoli – miała też Portugalia. Archiwa
inkwizycji portugalskiej zachowały się nienaruszone. Wynika z nich, że
w latach 1534–1760 wydała ona 1808 wyroków śmierci. Egzekucji
dokonywała władza świecka (wykonano niespełna 1200) – Kościół mógł w
ten sposób bronić się przed zarzutem, że stosując przemoc, gwałci
Ewangelię.
Po katarach i nowych chrześcijanach przyszło kolejne wyzwanie –
protestantyzm. W 22 lata po obłożeniu reformatora Marcina Lutra
ekskomuniką Kościół ustanowił bullą Pawła III inkwizycję rzymską (1542
r.). Tworzyło ją początkowo 6 kardynałów, mających kontrolę nad terenem
ówczesnego państwa kościelnego. Inkwizycja rzymska rozpatrywała sprawy
o przejście na protestantyzm, ale i – jak inne trybunały w Europie –
oskarżenia o czary i łamanie prawa kościelnego. Pomocą służyła
inkwizytorom utworzona w 1571 r. kościelna kongregacja indeksu ksiąg
zakazanych. Przed rzymskim trybunałem stanął astronom Galileusz, który
wyparł się swych poglądów naukowych i dzięki temu został skazany na
odmawianie psalmów i areszt domowy (1633 r.).
Stosy czarownic
Gorliwymi inkwizytorami okazali się też protestanci. Nie naśladowali
instytucji, ale posługiwali się tymi samymi metodami, nie trzymając się
nawet tych pozorów praworządności, jakimi były przepisy i procedury
narzucone inkwizycjom katolickim. Prześladowali i mordowali tych,
którzy nie chcieli zaprzeć się wiary katolickiej lub buntowali się
przeciwko nowym porządkom – jak niemieccy anabaptyści.
Rzymską inkwizycję rozwiązano w 1908 r., zastępując ją Kongregacją
Świętego Oficjum. Po reformach II Soboru Watykańskiego, który ogłosił
m.in. przełomową deklarację o wolności religii, Oficjum zastąpiono
Kongregacją Doktryny Wiary – kierował nią kard. Józef Ratzinger.
Inkwizycja kojarzy się również z polowaniami na czarownice. Jeden z
najpopularniejszych podręczników inkwizycyjnych dwóch jego
średniowiecznych autorów-dominikanów nazwało właśnie „Młotem na
czarownice” (1488 r.). Nie wiadomo dokładnie, ile nieszczęsnych kobiet
zmiażdżył ten młot. Prof. Borromeo twierdzi, że w Hiszpanii na śmierć
skazano 59, we Włoszech – 36, w Portugalii – 4, za to w Szwajcarii 4
tys., a w Niemczech – 25 tys. Sądy świeckie miały być pod tym względem
dużo gorsze niż trybunały inkwizycyjne.
Posoborowy
Kościół rzymski wielokrotnie wyrażał skruchę z powodu ekscesów
inkwizycji. Przepraszał za nie Jan Paweł II. Nie spodobało się to
odłamowi katolików, którzy uważają, że przeciwnicy Kościoła świadomie
stworzyli czarną legendę inkwizycji, by kompromitować katolicyzm jako
religię ciemnoty i represji. Co innego jednak rzetelne badania
historyczne i wynikające z nich korekty, a co innego ocena moralna.
Współczesnej wrażliwości nie wypada przerzucać się liczbami: że spalono
tylko tylu, a aż tylu darowano życie i ukarano łagodnie. Zło nie polega
na liczbach, tylko na mechanizmie służącym temu, by przemocą bronić
jedynie słusznej wiary.
|